Popołudnie było chłodne, choć słoneczne. Ulica zdawała się pękać w szwach. W piątek, w godzinach szczytu, jezdnia zapchana była samochodami wlokącymi się z prędkością nie większą, niż dwadzieścia na godzinę. Pasażerowie autobusów niechętnie spoglądali na przechodniów, zazdroszcząc tempa, z jakim się poruszają. Ci z kolei odpowiadali zawistnymi spojrzeniami, mrużąc oczy przed niezwykle irytującymi promieniami słońca.
Pośród sunącego we wszystkich kierunkach tłumu nie sposób było nie zauważyć dwóch młodych mężczyzn. Po sposobie, w jaki stawiali kroki można było wywnioskować, że ich droga ma jakiś cel, a nie jest tylko koleją rzeczy. Pomimo pozornego podobieństwa, młodzieńcy skrajnie się różnili. Jeden z nich miał na sobie jasną koszulę, marynarkę i prążkowane w dość oryginalny sposób spodnie. Fryzurę można było okreslić jako artystyczny nieład, a wszelkie niedoskonałości twarzy rekompensowało spojrzenie pełne poczucia własnej wartości. Co wnikliwsi mogli w niebieskich oczach dostrzec również samouwielbienie. Wyluzowana postawa sugerowała pewność siebie i swoisty dystans do hukliwego, rozświetlonego witrynami sklepowymi i przytłaczającego otoczenia. Jego towarzysz ubrany był w dżinsy i czarny sweter, a włosy najwyraźniej pozostawił samym sobie. Szedł delikatnie przygarbiony, co sprawiało wrażenie kaczkowatego chodu. Jego zmęczona twarz nie należała do najpiękniejszych, jednak z zielonych oczu emanowało ciepło.
- Mówisz, że nazywają cię Szelestem? - zapytał mężczyzna w marynarce.
- Skąd o tym wiesz? - Szelest wydawał się zaskoczony pytaniem.
- Mam bieżące informacje w każdej dziedzinie życia. Wiem również, że dobrze znasz mój pseudonim.
- Tak - odpowiedział nieśmiało Szelest. - natomiast ciebie, Snajper, cała dzielnica kojarzy.
- Skąd o tym wiesz? - sarkastycznie odparł Snajper. - Nieistotne. Liczy się tylko to, co dzisiaj robimy.
- Jakieś pomysły? - z nutą wątpliwości w głosie zadał pytanie Szelest.
- Pomysłów jest mnóstwo - nie patrząc na rozmówcę rzucił Snajper. - Zawsze brakuje mi czasu na ich zrealizowanie.
Szelest milczał. Towarzysz wydawał mu się człowiekiem intrygującym, a jednocześnie niezwykle sympatycznym. W tonie jego głosu próbował doszukać się ironii, lecz nie potrafił jej znaleźć.
- Nie ma jeszcze szesnastej - stwierdził Snajper, oglądając się za przejeżdżającym powoli Audi A6. Kierowca samochodu poczuł już weekend, co postanowił wyrazić poprzez włączenie głośnej muzyki. - Kluby otwierają dopiero o dziewiętnastej. Czym proponujesz zająć się do tego czasu?
- Ja mam wybierać?
- Jesteś facetem, więc tak. Gdybyś był kobietą, w życiu nie pozwoliłbym ci podjąć decyzji...
- Nie mam pojęcia - uciął krótko Szelest, pozostawiając dylemat do rozstrzygnięcia Snajperowi.
Ten nie dał jednak za wygraną.
- Zabierz mnie tam - zażartował - dokąd zabrałbyś dziewczynę na randkę.
- Mam postawić ci pizzę z anchois, mrożone capuccino i może jeszcze odwieźć cię do domu? - z wyraźną kpiną zapytał Szelest.
- Jeżeli każdej dziewczynie zapewniasz taki wieczór, to nie dziwię się, że nie masz kasy.
- Nie było ich wiele... - mruknął Szelest. - Skąd wiesz, że nie mam kasy?
- Z tego samego źródła - Snajper uśmiechnął się - z którego to, że lubisz spędzać wieczory na dachach wieżowców.
Skinął na towarzysza, sugerując mu skręcenie w prostopadłą uliczkę. Nie była już tak zatłoczona.
- Przecież nie zabiorę ciebie - zapewnił Szelest - ani, tym bardziej, kobiety na dach wieżowca.
- ... czym zrobisz tragiczny błąd, bo taka wyprawa dużo bardziej kręci wartościową kobietę, niż kolejny pajac, który wyda na nią pół pensji.
- Zmień temat! - wrzasnął Szelest. Rozmowy o kobietach wprawiały go w zakłopotanie.
Snajper, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, zastosował się do sugestii rozmówcy.
- Chodźmy zaopatrzyć się w coś do picia - zaproponował. - Na trzeźwo cię nie zniosę.
Skierowali się do najbliższego osiedlowego sklepu.
***
Snajper wszedł pierwszy. Na jego twarzy momentalnie zagościł uśmiech.
- Dobry wieczór! - rzucił do ekspedientki, szczerząc zęby.
- Dobry - odpowiedziała bez entuzjazmu.
- Poproszę dwa Okocimy Dla Orłów.
Szelest podziwiał Snajpera. Nie przestawał się uśmiechać.
- A ma pan dowód? - wyrecytowała kasjerka.
Była młodą blondynką o delikatnych rysach. W jej źrenicach można było dostrzec pewien błysk. Gdyby to od niej zależało, nigdy nie zadałaby pytania o dowód.
Snajper nie zmienił mimiki twarzy.
- Gdybym miał dowód - powiedział powoli, spoglądając na nią - kupiłbym w supermarkecie.
Błysk w oczach ekspedientki zniknął. Momentalnie zaczerwieniła się, odwróciła i podążyła w kierunku lodówki. Gdy wróciła z piwami, Snajper, otwierając portfel przed jej idealnie prostym nosem, rzucił:
- Żartowałem. Dowód osobisty posiadam od kilku lat. Po prostu młodo wyglądam.
Mężczyzna zapłacił za zakupione napoje i obrócił się, chcąc odejść. Szelest podążył za nim.
- Jest pan okropny! - nie wiadomo, czy na poważnie, czy kokieteryjnie, krzyknęła ekspedientka.
- W tym miesiącu już dwie kobiety mi to powiedziały - Snajper spojrzał na dziewczynę i przestał się uśmiechać. - Każda z nich wylądowała w moim łóżku.
O ile kilka sekund wcześniej twarz kasjerki subtelnie się zaróżowiła, w tej chwili przybrała kolor cegły. Chciała jeszcze coś powiedzieć, jednak młodzieńcy opuścili sklep.
Powoli zapadał zmrok.
- Prowadź, wodzu! - dziarskim tonem głosu zwrócił się do Szelesta Snajper.
- Niby dokąd?
- Niby na twój wieżowiec.
Szelest nie miał wyboru. Obrócił się w prawo i ruszył przed siebie.
- Snajper - zagaił nieśmiało. - czy to z tym łóżkiem to prawda?
Rozejrzał się po okolicy. Osiedlowa alejka była pusta, mimo że centrum miasta było tak blisko. Paradoks, pomyślał, i spojrzał na towarzysza. Tamten znów się uśmiechnął. Odpowiedział:
- Oczywiście, że nie...
- Tak myślałem - triumfująco wychrypiał Szelest.
- ... bo jedną z nich wziąłem na podłodze.
***
- Czy zmierzasz do jednego z wieżowców przy ulicy Tuwima? - zapytał Snajper.
- Tak - odpowiedział Szelest. - Tam siedzę najczęściej. Zarówno z dachu, jak i z okna na strychu mam doskonały widok na całe miasto. Świetne miejsce na przemyślenia.
- Dlaczego więc tak się z tym kryjesz?
- Nie wiesz? - chłopak podniósł głos. - Bo to wygląda na skrajny idiotyzm. Siedzenie na wieżowcu, masz pojęcie jak na to ludzie reagują?
- Bo wygląda - złośliwie zaskrzeczał Snajper. - A Freddie Mercury wyglądał na geja. Co więcej, on nim był! Tylko, że czuł się z tym świetnie. I jak twoi wielce chwalebni ludzie reagowali?
Położył akcent na słowo "ludzie". Zgubił gdzieś swój nieodłączny uśmiech i wyglądał, jakby nie był sobą. Jednak we wszystkim, co mówił, był niezwykle przekonujący.
Szelest milczał przez chwilę, jednak nie pozostawił pytania bez odpowiedzi.
- Albo go... kochali - niepewnie zaczął - albo nienawidzili.
- Właśnie! - odparł Snajper. - Nikomu nie pozostał obojętny. I to jest jego sukces!
(W. Zakrzewski, styczeń 2009, drobne poprawki: HBP)